Pierwszy raz na siłowni

Typowa historia z chodzeniem na siłownię zaczyna się tak: Chcesz schudnąć. Próbowałaś już wszystkiego jeśli chodzi o odchudzanie w pojedynkę. Nie wyszło. Próbujesz więc zmienić strategię. Twoja koleżanka poleciła Ci siłownię do której sama chodzi. Siłownia znajduje się z największej galerii handlowej w Twoim mieście. 

Na miejscu dowiedziałaś się, że zapisać się można minimalnie na rok. Trochę długo. Ale nie zraża Cię to, bo przecież postanowiłaś, że schudniesz. Jesteś zmotywowana. Będziesz chodziła tam co dwa dni przez okrągły rok. Miła pani w rejestracji prosi cię o kartę płatniczą, zabiera ją i przepisuje do komputera jej numer oraz kod CVV. Nieco dziwne, no ale ok, przecież jakoś muszą ci ściągać te pieniądze z konta.

Idziesz do sklepu, kupujesz sobie ubranka na siłownię. Oczywiście wybierasz takie najbardziej dizajnerskie. W końcu musisz wyglądać sexy podczas ćwiczeń. Do tego jeszcze przydadzą się wygodne buty. I sportowa opaska na głowę. I na rękę. I miernik pulsu. I ręcznik. I jeszcze jakieś fajne etui na smartfona na ramię. Aha no i oczywiście słuchawki (koniecznie beatsy) aby słuchać ulubionej muzyki podczas ćwiczeń. Ok, mamy już wszystko. Wyszło za to wszystko „nieco” ponad tysiąc złotych. No cóż, nie ma nic za darmo. Za bycie fit trzeba płacić.

Idziesz na siłkę. Przechodzisz przez drzwi, przebierasz się i wchodzisz do głównego pomieszczenia. Twoim oczom ukazuje się wielka sala. Urządzeń jest mnóstwo. Szkoda tylko, że tych najważniejszych jest jak na lekarstwo. Na 50 bieżni i rowerków jest jedna ławka do wyciskania. Nie zrażasz się tym i wybierasz sobie którąś z bieżni. Ustawiasz program i zaczynasz „biec”. Właściwie ten bieg bardziej  przypomina chodzenie, ale to nie ma znaczenia. I tak schudniesz. Przecież jesteś na siłowni. Podczas miłego spaceru po bieżni wyciągnasz swojego smartfona. Tak. Czas wrzucić fotki na Instagrama. Bierzesz telefon i robisz sobie kilka selfie. Dodajesz hasztagi #workout #fitness #fit #sport #running #bieganie #befit #gym.

No to sobie poćwiczyłaś. Właściwie to jesteś już zmęczona. Przebiec kilometr w 15 minut to w końcu nie lada osiągnięcie. Czas odpocząć i zrelaksować się. Idziesz więc do strefy relaksu. Po drodze do strefy mijasz wiele osób. Wśród nich są wypucowane utlenione blondyny z powiększonymi piersiami, zniewieściali chłopcy w ciasnych strojach z fryzurami, jakby przed chwilą wyszli od fryzjera. Wszyscy trzymają w rękach iPhone’y i mają włączonego Instagrama albo Snapchata. W końcu nie po to zapisali się na siłownię żeby nie mieć możliwości lansu.

Wchodzisz do sauny, w której jest już 20 osób. Nieco tłoczno, ale co poradzić. Gdy znudzi ci się ścisk w saunie wychodzisz z niej i wita cię przyjemny chłód szeroko otwartego okna nieopodal. Idziesz do pryszniców. Z każdego leje się wrzątek. No dosłownie. Nie ma normalnego prysznica? Sprawdzasz każdy po kolei. Nie, nie ma. Trzeba myć się we wrzątku.

Pora kończyć trening. Podchodzisz do swojej szafki, która zacina się. Próbujesz walczyć z zamkiem przez 5 minut. Nikt z obsługi nie chce ci pomóc. W końcu wyważasz drzwiczki i zabierasz swoje rzeczy. Przebierasz się. Pora jeszcze udać się do strefy rekreacji, w której znajdziesz kilka komputerów z dostępem do internetu. Tak, komputery to nieodłączny element siłowni. Nie da się bez nich funkcjonować. Siedzisz kilkanaście minut na Facebooku, meldujesz się że jesteś na siłce i wylogowujesz się. Wracasz do domu.

Tak w większości przypadków wygląda przeciętna historia ze znanymi sieciami siłowni. Czy warto? Myślę, że nie. Lepiej zapisać się do małej osiedlowej siłowni. W małej siłowni zapłacisz mniej. Nie będzie też takiego lansu. Spotkasz osoby, które umieją ćwiczyć i pokażą ci jak wykonywać ćwiczenia. Nie ma w nich bezsensownych ulepszeń, które tylko odwracają uwagę od ćwiczeń.

Jak to mawiał Arnold: Jeśli jesteś na siłowni, ćwicz. Nie rób nic innego.

Opublikowano w

Leave a comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *